30 września 2015

Flat Is Boring


Innowacyjny Buff ze stelażem wewnętrznym - because Flat Is Boring ;)

29 września 2015

Paskudne Krokodyle

Nie są ultralekkie, nie są przepiękne ale są absolutnie wygodne i trudne do zadeptania.
Poniżej przydługa historia moich doświadczeń z "kroksami" i Crocs'ami.


Crocs - tak w skrócie, to kolorowe chodaki wykonane wtryskowo z tworzywa o nazwie Croslite&trade .
Pianka Croslite charakteryzuje się tym, że dzięki zamkniętym porom nie absorbuje wilgoci a przy okazji dobrze absorbuje wstrząsy i jest niezatapialna. Z tego co widzę, na stronie producenta obecnie nie ma informacji na temat antybakteryjności owej pianki, ale kiedyś obiło mi się takie sformułowanie o oczy.
Swoją historię zaczynają w 2002 roku jako niezatapialne i nienasiąkliwe buty żeglarskie (choć znalazłem też informację, że powstały wcześniej jako buty do spa). Pierwszy model nosił nazwę Beach i był produkowany przez dobre 10 lat - tak mi się wydaje, ponieważ ja kupiłem właśnie ten model jakieś 2 lata temu. Obecnie Crocs Classic pełni rolę modelu podstawowego w kolekcji.

Właśnie takie (podobne) modele najczęściej pojawiają się jako dość tanie chodaki piankowe w dziale ogród różnych marketów budowlanych lub sieciówkach w akcjach tematycznych.

Na pomysł noszenia Crocsów wpadłem po przeczytaniu gdzieś w sieci informacji o facecie, który przeszedł jeden z amerykańskich szlaków długodystansowych (PCT czy też AT) jedynie w tych gumowych chodakach. Było to jakieś siedem lat temu. Pełen optymizmu wszedłem do boksu z krokodylami w jakiejś galerii handlowej i... zwątpiłem.
Półtorej stówy za gumowe łapcie?! Owszem - kolorowe, nawet wygodne, ale niespecjalnie wykończone i po prostu brzydkie.
Jednak głupi są ci Amerykanie...

Dwa dni później temat nie dawał mi spokoju i gdy przez przypadek trafiłem na buty "mocno inspirowane", bez namysłu je kupiłem, zwłaszcza że kosztowały 9,99 zł.
Na pierwszy rzut oka są identyczne, może inaczej rozmieszczone dziurki, brak groszkowanych wypustek w środku buta, ale pianka przecież taka sama, dość miękka ale sprężysta, no i pływa.

Nie pozostało mi nic innego jak wypróbować je w terenie. Całe szczęście nie wpadłem na pomysł by zabrać jej jako jedyne buty, bo skończyłbym idąc na bosaka. Zabrałem je jako buty na zmianę/obozowe jadąc na bazę namiotową na Gorcu. Jako takie, do chodzenia po okolicy i przejścia się po ścieżkach sprawdziły się całkiem dobrze.
Do dłuższego chodzenia niestety okazały się za miękkie - czuć było każdy patyk pod podeszwą i za słabo trzymające się na stopie - bo o trzymaniu stopy mowy w ogóle nie ma. Do tego pociłem się w nich jak w kaloszach.

Po tym doświadczeniu utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że dobrze zrobiłem kupując podróbki za dychę, bo zaoszczędziłem sobie rozczarowania za sto pięćdziesiąt.
Chodaki znakomicie spełniają (do dziś) rolę domowych kapci i butów remontowych - zachlapanie farbą im nie straszne.
Jakieś cztery lata temu kupiłem kolejne gumowe łapcie, konkretnie z myślą o brudnych i mokrych pracach - tym razem padło na produkt z Lidla z "rzutu - wszystko do ogrodu".
Tu objawiła się kolejna wada - po tygodniu starła się w nich podeszwa na tyle, że buty na wilgotnej posadzce zaczęły się ślizgać.

I tak żyłbym do dzisiaj w przekonaniu o małej przydatności gumowych krokodyli, gdyby nie przypadek i podejrzenia mojej żony, że 99% lekarzy chodzących w Crocsach nie uległo jednak zbiorowej halucynacji.

Przypadek polegał na trafieniu w moim rozmiarze, przecenionych Crocsów - wspominany model Beach. Więc w cenie o dychę wyższej niż chodaki z ogrodniczego, stałem się posiadaczem legendy.
Podszedłem do tego na chłodno - przecież miałem już doświadczenia z "kroksami". Ale jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że po paru godzinach noszenia, moje stopy są dużo bardziej wypoczęte niż tych innych. Amortyzacja oryginalnej pianki, a przez to komfort chodzenia są znacznie większe - do tego stopnia, że zaryzykowałem i zabrałem je jako drugie buty (na zmianę z nie do końca rozchodzonymi trailówkami) w Bieszczady. Fakt tylko na 3-4 dni, ale jak się okazało to był strzał w dziesiątkę.
Już pierwszego dnia, po przejściu z Wetliny przez Rabią Skałę i Okraglik do Przełęczy nad Roztokami Górnymi, nowe buty nie specjalnie nadawały się do kontynuowania marszu przez Hyrlatą, więc postanowiłem zejść na Majdan, a potem do Żubraczy - asfaltem, łapiąc po drodze stopa. Oczywiście w Crocsach. Moje stopy wręcz dziękowały za tę decyzję. Nie twierdzę, że wygodnie mi się szło asfaltem, zwłaszcza że podwózkę złapałem dopiero pod koniec odcinka, ale szerokie i luźne wnętrze chodaków pozwoliło odpocząć skrępowanym uprzednio stopom nawet podczas marszu.

Od tamtej pory, niemalże z dnia na dzień z crocso-sceptyka stawałem się ich fanem.
Przestał mi przeszkadzać wygląd - dalej twierdzę że piękne nie są, ale teraz mi to wisi i powiewa.
Ostatni urlop nad morzem spędziłem non stop w Crocsach (lub na boso), następnie w Tatry zabraliśmy je jako buty dojściowo-schroniskowe.
No właśnie - zabraliśmy - zdecydowanie polecam Crocsy dla dzieci, za 20-40 zł można kupić nowe, oryginalne tyle, że z zeszłorocznej kolekcji. Mój syn śmiga w nich w zasadzie przez cały rok - zimą w domu a od wiosny do jesieni niemal wszędzie i zanim je zajedzie, to z nich wyrasta. No i można kupić takie z Zygzakiem lub Spider-Manem!

Znalazłem buty idealne.
Oczywiście, że nie. Zasadniczo powinny sprawdzić się w większości miejsc, gdzie sprawdzają się sandały, ale zdecydowanie nie polecam chodzenia w Crocsach po trudnych szlakach, nie sprawdziłem jak nadają się do chodzenia w strumieniach.
Drobne kamyki, ostre patyczki pinezki i zszywki błyskawicznie wbijają się w podeszwę - jeszcze nie miałem z tym problemu, ale potencjalnie podeszwa uszkodzona w taki sposób może zacząć w tym miejscu pękać (?)
Zajmują dużo miejsca w plecaku, bo ciężko je skompresować, nie są ultralekkie (ale bardzo ciężkie też nie).
Jeśli chcecie buty lepiej trzymające stopę i zajmujące mniej miejsca po spakowaniu - lepiej wybrać sandały, chociażby takie minimalistyczne jak Monk Sandals. W cenie Crocsów otrzymacie indywidualnie robiony polski produkt.

Jak dla mnie, Crocs sprawdzają się znakomicie jako buty na zmianę po trasie, są niezastąpione po długich zawodach lub marszach na orientację.
Również po długim dreptaniu po halach targowych i wystawienniczych, założenie ich wieczorem i zejście na zimne piwo w hotelu to ulga dla ciała i duszy. Długie trasy pociągiem czy autobusem to ich żywioł. Nie raz w drodze powrotnej z gór prowadziłem w nich samochód.

Pianka Croslite&trade jak wspominałem, zdecydowanie lepiej amortyzuje niż inne podobne, które miałem okazje nosić, dzięki czemu pokonywanie długich tras nie jest problem. Co ciekawe, odkryłem, że stopy mniej mi się pocą w oryginalnych chodakach (prawdopodobnie ze względu na wyraźny wzór na wkładce) a sama pianka ma bardzo niewielkie tendencje do łapania przykrego zapachu.
To sprawia, że jako buty wycieczkowe, do szwendania się po łatwych szlakach czy łażenia wokół jeziora również się spisują na medal.
Od dwóch lat przestałem wozić ze sobą sandały, bo w porównaniu do nich wymycie i wysuszenie krokodyli trwa tylko chwilę. Klasyczne sandały zazwyczaj muszę zakładać jeszcze z mokrymi paskami, nie mówiąc o tragicznie wolno schnących Keen'ach.

"Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów."
Mimo mojego zachwytu nad nimi, w dalszym ciągu nie uważam, że warto za nie płacić tyle, ile woła producent - piszę to nie tylko w kontekście naszych realiów zarobkowo-cenowych. Mam świadomość tego, że cena Crocs'ów z czegoś wynika - z wdrożenia nowej technologii, know-how, utrzymania swojej pozycji na rynku itd. jednak w dalszym ciągu są to tylko formowane wtryskowo chodaki produkowane w chinach.

To do czego Was namawiam, to niekupowanie podróbek lub produktów podobnych, a jeśli już - polowanie na okazje.
Często od ręki można kupić Crocs Classic za 50-70 zł - co uważam za sensowną cenę. W rozmiarach dziecięcych i damskich ceny są jeszcze niższe.
Zapewniam, że da się odczuć różnicę w noszeniu Crocs'ów i "kroksów", więc jeśli nie przeszkadza Wam ich "stylowy" wygląd - dajcie stopom trochę komfortu :)


21 marca 2015

Jak znoszę codzienność.

Zamiast pisać kolejny komentarz pod postem na blogu Katnego postanowiłem wrzucić fotki i parę słów o moim codziennym "piórniku".


Podobnie jak opisuje Katny, dla mnie taki pokrowiec noszony na codzień jest sposobem na zorganizowanie drobiazgów, których używam na tyle często, że chcę mieć je przy sobie. Nie "na wszelki wypadek", ale właśnie do użytku codziennego - po obcemu było by pewnie - EDU: Every Day Use.


Ale ja traktuję to jako kompleksowy (choć uzupełniający, to co mam w kieszeniach spodni) pakiet codziennych przydasiów - taki, który po przyjściu z pracy, wyciągnę z torby i wrzucę do kurtki jak wychodzę z synem na plac zabaw, albo wsiadając na rower, po prostu go złapię i wrzucę do biodrówki - zawiera więc w sobie zarówno sznurek, narzędzia jak i apteczkę.


Opis tego co w środku od górnego lewego rogu (celowo nie dzielę tego na kategorie, bo większość ma różnorakie zastosowanie np. rękawiczki posłużą przy udzielaniu pierwszej pomocy, jak i podczas naprawy roweru).

- różne plastry z opatrunkiem
- duct tape - ze dwa metry na płasko
- gaziki Leko
- pigułki przeciwbólowe i przeciw rozwolnieniu
- maska do sztucznego oddychania
- para rękawiczek nitrylowych
- ketonal w maści wpakowany w zgrzaną rurkę od napojów
- taśma odblaskowa w siatkowej kieszonce na froncie
- dwie agrafki wpięte w metkę producenta w środku organizera
- Leatherman Squirt PS4 - zadziwiająco pomocny mikro tool - choć do cięższych prac się nie nada*
- kluczyk od MelonTools, model Ronin "Anso" wz. 33 - ostateczne narzędzie napraw rowerowych i otwierania skrzynek elektrycznych na klatce ;)
- mokra chusteczka instant - wystarczą dwie krople wody i z pastylki rozwija się mocna, wiskozowa szmatka
- gwizdek na strusia - Acme Tornado model 636
- Photon Freedom Micro Covert red - czyli backup dla backupu backupu (niestety obudowy nie da rady zamienić z białą wersją)
- domowa podpałka (bawełna + wosk) i zapałki "kowbojskie"
- SpacePen Bullet
- opaski kablowe
- sznurek - parasznurówka, paracord, rep... zależy co akurat jest pod ręką - pozwala również przerobić organizer na biodrówkę lub torbę przez ramię

Na zdjęcie nie załapał się krótki kabel USB do telefonu i woskowe zatyczki do uszu (używam na hali maszyn, jak i w pokojach wieloosobowych).
Nie mam żadnego sprzętu do szycia - prawdę powiedziawszy nie przez niedocenienie jego przydatności (choć ostatni raz szyłem coś poza domem chyba z 8 lat temu), ale głównie ze względu na brak dobrego pomysłu na przenoszenie - ma być low profile i tactical ]:-> igła z zaplątaną nitką wyprowadza mnie z równowagi.
Może wpakowanie takiego zestawu do słomki i zatopienie końców?

Dobrym pomysłem, który na pewno wykorzystam, jest dołożenie zapasowej gotówki, choć raczej w postaci banknotu o niskim nominale niż bilonu - będzie lżej i bardziej low profile :D



*identyczne szczypce w Style PS złamałem odkręcając małą śrubę w stelażu łóżka, ale gwarancja Leathermana działa - bez dodatkowych pytań wymieniono mi toola na sprawnego, choć był problem, bo polityka producenta zakłada wymianę niekoniecznie na ten sam model - miałem dostać Micrę.



24 stycznia 2015

Backup dla bekapu.

O tym, że jako podstawowego źródła światła podczas wyjazdów używam e+Lite, już pisałem. Pomimo, że została zaprojektowana jako lampka zapasowa lub backup dla "dorosłej" czołówki, to w większości przypadków jest wystarczająca. Ale są sytuacje kiedy warto mieć właśnie zapasowe źródło światła (nie tylko zapasowe baterie), a skoro e+ jest już zapasówką, to co będzie dla niej zapasem?
Tu na arenę wkracza mała latarka do kluczy - breloczek, który można wrzucić do kieszeni, przypiąć do suwaka w kurtce albo trzymać w apteczce.
Przez pewien czas nosiłem ze sobą lampkę Inova Microlight, która po zrezygnowaniu z niewygodnego klipsa, zawisła przy kluczach. Jej konstrukcja nie jest najgorsza, moc światła wystarczająca by nie potknąć się schodząc do piwnicy, ale zarządzanie energią niestety nie zachwyca, no i nie raz włączyła się sama w kieszeni, przez co często trzeba wymieniać baterie - a jak się okazuje CR 2016 nie są nawet w połowie tak popularne jak CR 2032 do e+Lite.

Jednak od czego ma się kolegów gadżeciarzy?
Przy okazji rozmowy o różnych fajnych zabawkach "dla prawdziwych męcizn", zeszło na małe latarki do użytku na codzień i tak od słowa do słowa, mój kolega wyciągnął pęk swoich kluczy żeby pokazać mi coś co bije na głowę Inovę i masę innych świecidełek do kluczy - dzięki Piotrze!
Photon Freedom Micro short review
Photon Freedom Micro
Mała, plastikowa i z wyglądu "chińska" latareczka, jednak nic bardziej mylnego!
Photon freedom micro kryje w sobie elektronikę, która pozwala nam sterować mocą światła jak i uzyskać rożne efekty mrugania.
Dzięki temu zarządzanie energią jest dużo lepsze i baterie CR 2016, nie są już takim problemem - zmieniam je średni raz na pół roku.

Photon jest o około 2/3 mniejszy od e+lite i waży z bateriami i karabinkiem tylko 9g, od trzech lat noszę go codziennie przy kluczach jak i biorę na wyjazdy i jeszcze nigdy mi nie przeszkadzał ;)

Producent podaje, że latarka ma moc 4,5 lumena i świeci do 12 godzin.
W pudełku jest w trybie "testowym", w którym przycisk działa chwilowo - dioda świeci tylko jak go trzymamy (tak jak w większości podobnych breloków), ale po przełączeniu w tryb standardowy mamy:

&bull po kliknięciu - tryb mocny (po przytrzymaniu płynnie zmniejsza się do trybu słabego - mignięcie oznacza koniec skali);
&bull po przytrzymaniu - tryb słaby (trzymając przycisk dalej, płynnie zwiększa się do mocnego - mignięcie oznacza koniec skali)
&bull SOS (… - - - …) - włączając od trybu słabego i trzymając przycisk po osiągnięciu maksymalnej mocy
&bull trzy "gęstości" mrugania - przytrzymanie przycisku w trybie SOS zmienia tryb na miganie wolne, potem średnie i szybkie.
&bull włączając mruganie od trybu silnego mamy taką kolejność: wolne, średnie, szybkie, SOS

Wiem, na pierwszy rzut oka dość pokręcone, ale 5 minut zabawy z latarką i wszystko staje się jasne (nomen omen).

Miasto

"Ciemnych przejść
Późnych pór
Zakamarków, schodów, wind
Baru "Bar"
Końca tras
Brudnych ulic gdzie jest mrok"

Klaus Mitffoch

Bardzo często używam trybu słabego, zwłaszcza zimą kiedy wychodzę do pracy i nie chcę nikogo budzić.
W trybie migającym zdarzało mi się traktować ją jako dodatkowe oświetlenie roweru po zmroku, a raz jako przedniej lampki jak nawaliła mi ta standardowa.
Obudowa z poliuretanu jest bardzo wytrzymała - w kieszeni ciągle ociera się o klucze, monety, scyzoryk i nie widać po niej specjalnie zużycia.
Przycisk jest tak skonstruowany, że nie zdarzyło mi się, żeby sama się włączyła.
Karabinek mocujący do kluczy to klasa sama w sobie - sprężyna trzyma mocno ale nie ma problemu z szybkim odpięciem czy dopięciem do kółka, paracordu czy wodzika od zamka.

W terenie
Photon ląduje razem z kluczami do domu w kieszeni plecaka, więc jest zawsze w odwodzie, kilkukrotnie lądował w apteczce jako typowy backup jednak najczęściej dopinam go do szlufki spodni lub suwaka kurtki dzięki czemu jest zawsze pod ręką.
Freedom Micro oznaczona jest kategorią szczelności IPX-7, co oznacza, że deszczu się nie boi, a i przypadkową kąpiel w strumieniu powinna przeżyć bez szwanku.

Słabe światło pozwala poruszać się po schronisku nie budząc tych co za ranek uważają dopiero godzinę ósmą, a w namiocie nie oślepia jak trzeba akurat wstać na siku.
Tryb maksymalny daje na tyle dużo światła, że bez problemu można poruszać się po ścieżce, pod warunkiem, że nie musimy szukać drogi.

Możliwość płynnej regulacji światła przydaje się również do nocowania pod chmurką, kiedy czasami trzeba rozłożyć plandekę czy poszukać kijków na śledzie, a nie chcemy afiszować się naszą obecnością. W porze letniej zdarzało się, że nawet nie wyciągałem z plecaka czołówki, bo Photon na tę chwilę po zmroku wystarczył do przygotowania się do snu.

Podczas nocnego marszu na orientację, kiedy okazało się, że mocna czołówka jest dobra do szukania punktów kontrolnych, ale do czytania mapy już niestety nie - taki brelok przypięty do pasa piersiowego plecaka sprawdził się znakomicie. W zasadzie to była impreza, kiedy najdłużej używałem Photona włączonego - szacuję, że łącznie około 4 godzin przy temperaturze w okolicach zera - nie zauważyłem dużego zużycia baterii, po powrocie zmieniłem je dopiero po dwóch czy trzech miesiącach użytkowania w mieście.

W zestawie.
Photon Freedom Micro sprzedawany jest w zestawie ze standardowym, metalowym mikro karabinkiem do przypięcia np. do kluczy oraz z dwoma dodatkowymi mocowaniami - kawałkiem plastiku na sznurku, który pozwala na zawieszenie latarki na szyi oraz regulowaną podstawką ze sprytnym klipsem i magnesami.
W oba dodatki lampkę powinno wpinać się bez założonego kółka i karabinka, jednak nawet z nimi można ją tam umieścić. Póki co nie używałem ich jeszcze - no może ze dwa razy klipsa próbowałem dopiąć do daszka czapki, ale nie było to zbyt wygodne - odsłonięta dioda świeci we wszystkie strony, więc jako "czołówka" oślepia również nosiciela.

No właśnie - producent, ma również w ofercie ten sam model w wersji covert - z nałożonym na diodę kołnierzem, który sprawia, że świeci tylko do przodu, niestety jak kupowałem swoją ten model był chwilowo niedostępny (nie wspominając, że nie było tych lampek w Polsce).
Teraz zastanawiam się czy nie dokupić prostszego modelu - Photon Micro-Light II Pro w wersji covert jako brelok do kluczyka samochodowego.
Obudowa jest taka sama jak w wersji Freedom, jednak ma tylko jeden tryb - świeci lub nie (to chyba w sumie dwa?), ale może udało by się przełożyć ten kołnierz do mojej.

Coś na koniec.
Latarka Photon Freedom Micro nie powala na kolana specjalnie parametrami, ani długością świecenia a tym bardziej dostępnością baterii, jednak jako światełko do miasta spełnia moje wymagania w 200%, a w górach czy w podróży jest tak mała, że nie zauważalna i może siedzieć jako backup.
Szukając informacji na jej temat, co rusz trafiałem na opisy ultralajtowców, którzy używają jej lub wersji bez trybów jako jedynej lampki na szlaku - przerabiając jedno z trzymadełek lub doklejając rzep od spodu, tak by przypiąć ją na skroni do opaski lub daszka, więc chyba w terenie sprawdza się dobrze nie tylko u mnie.

Jest, jak na brelok, droga - obecnie w Polsce kosztuje w okolicach 50 zł - to niemal dwa razy tyle co Inova. Jednak wysoką cenę rekompensują jej funkcje oraz bardzo wysoka jakość wykonania, użytych materiałów i dodatkowe gadżety w zestawie. Na pewno nie można jej porównywać do tanich, chińskich breloczków to zupełnie inna liga, nawet jeśli wyglądają podobnie - sprawdzałem.

14 grudnia 2013

Organiczne Batony Energetyczne...

...wiem, straszna nowomowa w tytule, ale cóż począć, jak źródło inspiracji jest wyraźnie "organiczne" ;)


Jakieś 2 lata temu trafiłem w sieci na opis batonów, które mają być alternatywą dla "chemicznych" batonów energetycznych.

Mowa była o batonach produkowanych przez firmę LÄRABAR zrobionych z mieszanki owoców, bez dodatku cukru, chemii itp. Oczywiście składniki są "organiczne" i etycznie czyste.
LÄRABAR nie są dostępne w Polsce, ale z podobnych produktów można dostać RAW BITE chwalą się tym samym, ale mają mniejszą gamę smaków do wyboru.

Moje batoniki są oczywiście pozbawione całej otoczki etyki i organiczności, bo składniki kupuję po prostu w sklepie lub markecie, ale i tak uważam, że lepsze to niż wciąganie mocno przetworzonych i drogich wytworów energetycznych (co nie znaczy, że ich w ogóle nie jadam).
Raczej nie zastąpią domowych batoników z płatków owsianych, ale jest to niezłe urozmaicenie - taka łatwiejsza do przenoszenia i jedzenia wersja "trail mix".

Poza tym te batoniki są banalnie łatwe i szybkie w przygotowaniu.

Jaką mają wartość energetyczną?
Jak zwykle nie wiem, to pytanie do jakiegoś dietetyka - smakowo na pewno wypadają nieźle.

Poniżej przepis na wersję, którą robię najczęściej - z żurawiną.

SKŁADNIKI:


1. daktyle - są podstawą, masą i lepiszczem - paczka miała chyba 170g
2. orzechy - wiadomo, kwestia energii, ponadto poprawiają konsystencję batonów - rozluźniają ją - tutaj są nerkowce i peacan
3. żurawina - garść do smaku - jak się przesadzi z ilością, batony wyjdą za mokre

PRZYGOTOWANIE:


Przygotowanie można zawrzeć w jednym zdaniu: miksujemy składniki razem.
Ja najpierw wrzucam orzechy, teraz miałem już posiekane, ale jak są całe to najpierw je rozdrabniam.
Następnie dodaję daktyle i miksuję do momentu uzyskania w miarę jednorodnej masy - wtedy dodaję inne składniki - żurawinę w tym przypadku.

Mocno kleistą masę przekładam do małej foremki, tak żeby uzyskała grubość ok. 1-1,5 cm. i w miarę foremny kształt - łatwiej będzie porcjować.


Przed pocięciem warto wrzucić masę do lodówki, będzie mniej przywierać do noża, ale w zasadzie zaraz po zmiksowaniu jest gotowa do pakowania.
Najprościej zawinąć je w folię spożywczą - nawet jak batony się rozgniotą, to ta folia nie rozdziera się tak jak aluminiowa.


Proponuję poeksperymentować ze składnikami - na stronie LÄRABAR przy każdym batoniku podane są składniki, warto popróbować.
Zdecydowanie ciekawie wyszedł baton ze słonymi orzeszkami ziemnymi, z kolei nie wychodzą mi batony z limonką i ananasem kandyzowanym - z limonką są za bardzo mokre, z ananasem kleją się do zębów.

Przy okazji świąt zachomikuję ze dwa opłatki i spróbuję zrobić z nich kanapkę - podobnie może zadziałać płatek wafla - powino wzmocnić strukturę batonika.

Smacznego!