21 marca 2015

Jak znoszę codzienność.

Zamiast pisać kolejny komentarz pod postem na blogu Katnego postanowiłem wrzucić fotki i parę słów o moim codziennym "piórniku".


Podobnie jak opisuje Katny, dla mnie taki pokrowiec noszony na codzień jest sposobem na zorganizowanie drobiazgów, których używam na tyle często, że chcę mieć je przy sobie. Nie "na wszelki wypadek", ale właśnie do użytku codziennego - po obcemu było by pewnie - EDU: Every Day Use.


Ale ja traktuję to jako kompleksowy (choć uzupełniający, to co mam w kieszeniach spodni) pakiet codziennych przydasiów - taki, który po przyjściu z pracy, wyciągnę z torby i wrzucę do kurtki jak wychodzę z synem na plac zabaw, albo wsiadając na rower, po prostu go złapię i wrzucę do biodrówki - zawiera więc w sobie zarówno sznurek, narzędzia jak i apteczkę.


Opis tego co w środku od górnego lewego rogu (celowo nie dzielę tego na kategorie, bo większość ma różnorakie zastosowanie np. rękawiczki posłużą przy udzielaniu pierwszej pomocy, jak i podczas naprawy roweru).

- różne plastry z opatrunkiem
- duct tape - ze dwa metry na płasko
- gaziki Leko
- pigułki przeciwbólowe i przeciw rozwolnieniu
- maska do sztucznego oddychania
- para rękawiczek nitrylowych
- ketonal w maści wpakowany w zgrzaną rurkę od napojów
- taśma odblaskowa w siatkowej kieszonce na froncie
- dwie agrafki wpięte w metkę producenta w środku organizera
- Leatherman Squirt PS4 - zadziwiająco pomocny mikro tool - choć do cięższych prac się nie nada*
- kluczyk od MelonTools, model Ronin "Anso" wz. 33 - ostateczne narzędzie napraw rowerowych i otwierania skrzynek elektrycznych na klatce ;)
- mokra chusteczka instant - wystarczą dwie krople wody i z pastylki rozwija się mocna, wiskozowa szmatka
- gwizdek na strusia - Acme Tornado model 636
- Photon Freedom Micro Covert red - czyli backup dla backupu backupu (niestety obudowy nie da rady zamienić z białą wersją)
- domowa podpałka (bawełna + wosk) i zapałki "kowbojskie"
- SpacePen Bullet
- opaski kablowe
- sznurek - parasznurówka, paracord, rep... zależy co akurat jest pod ręką - pozwala również przerobić organizer na biodrówkę lub torbę przez ramię

Na zdjęcie nie załapał się krótki kabel USB do telefonu i woskowe zatyczki do uszu (używam na hali maszyn, jak i w pokojach wieloosobowych).
Nie mam żadnego sprzętu do szycia - prawdę powiedziawszy nie przez niedocenienie jego przydatności (choć ostatni raz szyłem coś poza domem chyba z 8 lat temu), ale głównie ze względu na brak dobrego pomysłu na przenoszenie - ma być low profile i tactical ]:-> igła z zaplątaną nitką wyprowadza mnie z równowagi.
Może wpakowanie takiego zestawu do słomki i zatopienie końców?

Dobrym pomysłem, który na pewno wykorzystam, jest dołożenie zapasowej gotówki, choć raczej w postaci banknotu o niskim nominale niż bilonu - będzie lżej i bardziej low profile :D



*identyczne szczypce w Style PS złamałem odkręcając małą śrubę w stelażu łóżka, ale gwarancja Leathermana działa - bez dodatkowych pytań wymieniono mi toola na sprawnego, choć był problem, bo polityka producenta zakłada wymianę niekoniecznie na ten sam model - miałem dostać Micrę.



24 stycznia 2015

Backup dla bekapu.

O tym, że jako podstawowego źródła światła podczas wyjazdów używam e+Lite, już pisałem. Pomimo, że została zaprojektowana jako lampka zapasowa lub backup dla "dorosłej" czołówki, to w większości przypadków jest wystarczająca. Ale są sytuacje kiedy warto mieć właśnie zapasowe źródło światła (nie tylko zapasowe baterie), a skoro e+ jest już zapasówką, to co będzie dla niej zapasem?
Tu na arenę wkracza mała latarka do kluczy - breloczek, który można wrzucić do kieszeni, przypiąć do suwaka w kurtce albo trzymać w apteczce.
Przez pewien czas nosiłem ze sobą lampkę Inova Microlight, która po zrezygnowaniu z niewygodnego klipsa, zawisła przy kluczach. Jej konstrukcja nie jest najgorsza, moc światła wystarczająca by nie potknąć się schodząc do piwnicy, ale zarządzanie energią niestety nie zachwyca, no i nie raz włączyła się sama w kieszeni, przez co często trzeba wymieniać baterie - a jak się okazuje CR 2016 nie są nawet w połowie tak popularne jak CR 2032 do e+Lite.

Jednak od czego ma się kolegów gadżeciarzy?
Przy okazji rozmowy o różnych fajnych zabawkach "dla prawdziwych męcizn", zeszło na małe latarki do użytku na codzień i tak od słowa do słowa, mój kolega wyciągnął pęk swoich kluczy żeby pokazać mi coś co bije na głowę Inovę i masę innych świecidełek do kluczy - dzięki Piotrze!
Photon Freedom Micro short review
Photon Freedom Micro
Mała, plastikowa i z wyglądu "chińska" latareczka, jednak nic bardziej mylnego!
Photon freedom micro kryje w sobie elektronikę, która pozwala nam sterować mocą światła jak i uzyskać rożne efekty mrugania.
Dzięki temu zarządzanie energią jest dużo lepsze i baterie CR 2016, nie są już takim problemem - zmieniam je średni raz na pół roku.

Photon jest o około 2/3 mniejszy od e+lite i waży z bateriami i karabinkiem tylko 9g, od trzech lat noszę go codziennie przy kluczach jak i biorę na wyjazdy i jeszcze nigdy mi nie przeszkadzał ;)

Producent podaje, że latarka ma moc 4,5 lumena i świeci do 12 godzin.
W pudełku jest w trybie "testowym", w którym przycisk działa chwilowo - dioda świeci tylko jak go trzymamy (tak jak w większości podobnych breloków), ale po przełączeniu w tryb standardowy mamy:

&bull po kliknięciu - tryb mocny (po przytrzymaniu płynnie zmniejsza się do trybu słabego - mignięcie oznacza koniec skali);
&bull po przytrzymaniu - tryb słaby (trzymając przycisk dalej, płynnie zwiększa się do mocnego - mignięcie oznacza koniec skali)
&bull SOS (… - - - …) - włączając od trybu słabego i trzymając przycisk po osiągnięciu maksymalnej mocy
&bull trzy "gęstości" mrugania - przytrzymanie przycisku w trybie SOS zmienia tryb na miganie wolne, potem średnie i szybkie.
&bull włączając mruganie od trybu silnego mamy taką kolejność: wolne, średnie, szybkie, SOS

Wiem, na pierwszy rzut oka dość pokręcone, ale 5 minut zabawy z latarką i wszystko staje się jasne (nomen omen).

Miasto

"Ciemnych przejść
Późnych pór
Zakamarków, schodów, wind
Baru "Bar"
Końca tras
Brudnych ulic gdzie jest mrok"

Klaus Mitffoch

Bardzo często używam trybu słabego, zwłaszcza zimą kiedy wychodzę do pracy i nie chcę nikogo budzić.
W trybie migającym zdarzało mi się traktować ją jako dodatkowe oświetlenie roweru po zmroku, a raz jako przedniej lampki jak nawaliła mi ta standardowa.
Obudowa z poliuretanu jest bardzo wytrzymała - w kieszeni ciągle ociera się o klucze, monety, scyzoryk i nie widać po niej specjalnie zużycia.
Przycisk jest tak skonstruowany, że nie zdarzyło mi się, żeby sama się włączyła.
Karabinek mocujący do kluczy to klasa sama w sobie - sprężyna trzyma mocno ale nie ma problemu z szybkim odpięciem czy dopięciem do kółka, paracordu czy wodzika od zamka.

W terenie
Photon ląduje razem z kluczami do domu w kieszeni plecaka, więc jest zawsze w odwodzie, kilkukrotnie lądował w apteczce jako typowy backup jednak najczęściej dopinam go do szlufki spodni lub suwaka kurtki dzięki czemu jest zawsze pod ręką.
Freedom Micro oznaczona jest kategorią szczelności IPX-7, co oznacza, że deszczu się nie boi, a i przypadkową kąpiel w strumieniu powinna przeżyć bez szwanku.

Słabe światło pozwala poruszać się po schronisku nie budząc tych co za ranek uważają dopiero godzinę ósmą, a w namiocie nie oślepia jak trzeba akurat wstać na siku.
Tryb maksymalny daje na tyle dużo światła, że bez problemu można poruszać się po ścieżce, pod warunkiem, że nie musimy szukać drogi.

Możliwość płynnej regulacji światła przydaje się również do nocowania pod chmurką, kiedy czasami trzeba rozłożyć plandekę czy poszukać kijków na śledzie, a nie chcemy afiszować się naszą obecnością. W porze letniej zdarzało się, że nawet nie wyciągałem z plecaka czołówki, bo Photon na tę chwilę po zmroku wystarczył do przygotowania się do snu.

Podczas nocnego marszu na orientację, kiedy okazało się, że mocna czołówka jest dobra do szukania punktów kontrolnych, ale do czytania mapy już niestety nie - taki brelok przypięty do pasa piersiowego plecaka sprawdził się znakomicie. W zasadzie to była impreza, kiedy najdłużej używałem Photona włączonego - szacuję, że łącznie około 4 godzin przy temperaturze w okolicach zera - nie zauważyłem dużego zużycia baterii, po powrocie zmieniłem je dopiero po dwóch czy trzech miesiącach użytkowania w mieście.

W zestawie.
Photon Freedom Micro sprzedawany jest w zestawie ze standardowym, metalowym mikro karabinkiem do przypięcia np. do kluczy oraz z dwoma dodatkowymi mocowaniami - kawałkiem plastiku na sznurku, który pozwala na zawieszenie latarki na szyi oraz regulowaną podstawką ze sprytnym klipsem i magnesami.
W oba dodatki lampkę powinno wpinać się bez założonego kółka i karabinka, jednak nawet z nimi można ją tam umieścić. Póki co nie używałem ich jeszcze - no może ze dwa razy klipsa próbowałem dopiąć do daszka czapki, ale nie było to zbyt wygodne - odsłonięta dioda świeci we wszystkie strony, więc jako "czołówka" oślepia również nosiciela.

No właśnie - producent, ma również w ofercie ten sam model w wersji covert - z nałożonym na diodę kołnierzem, który sprawia, że świeci tylko do przodu, niestety jak kupowałem swoją ten model był chwilowo niedostępny (nie wspominając, że nie było tych lampek w Polsce).
Teraz zastanawiam się czy nie dokupić prostszego modelu - Photon Micro-Light II Pro w wersji covert jako brelok do kluczyka samochodowego.
Obudowa jest taka sama jak w wersji Freedom, jednak ma tylko jeden tryb - świeci lub nie (to chyba w sumie dwa?), ale może udało by się przełożyć ten kołnierz do mojej.

Coś na koniec.
Latarka Photon Freedom Micro nie powala na kolana specjalnie parametrami, ani długością świecenia a tym bardziej dostępnością baterii, jednak jako światełko do miasta spełnia moje wymagania w 200%, a w górach czy w podróży jest tak mała, że nie zauważalna i może siedzieć jako backup.
Szukając informacji na jej temat, co rusz trafiałem na opisy ultralajtowców, którzy używają jej lub wersji bez trybów jako jedynej lampki na szlaku - przerabiając jedno z trzymadełek lub doklejając rzep od spodu, tak by przypiąć ją na skroni do opaski lub daszka, więc chyba w terenie sprawdza się dobrze nie tylko u mnie.

Jest, jak na brelok, droga - obecnie w Polsce kosztuje w okolicach 50 zł - to niemal dwa razy tyle co Inova. Jednak wysoką cenę rekompensują jej funkcje oraz bardzo wysoka jakość wykonania, użytych materiałów i dodatkowe gadżety w zestawie. Na pewno nie można jej porównywać do tanich, chińskich breloczków to zupełnie inna liga, nawet jeśli wyglądają podobnie - sprawdzałem.

14 grudnia 2013

Organiczne Batony Energetyczne...

...wiem, straszna nowomowa w tytule, ale cóż począć, jak źródło inspiracji jest wyraźnie "organiczne" ;)


Jakieś 2 lata temu trafiłem w sieci na opis batonów, które mają być alternatywą dla "chemicznych" batonów energetycznych.

Mowa była o batonach produkowanych przez firmę LÄRABAR zrobionych z mieszanki owoców, bez dodatku cukru, chemii itp. Oczywiście składniki są "organiczne" i etycznie czyste.
LÄRABAR nie są dostępne w Polsce, ale z podobnych produktów można dostać RAW BITE chwalą się tym samym, ale mają mniejszą gamę smaków do wyboru.

Moje batoniki są oczywiście pozbawione całej otoczki etyki i organiczności, bo składniki kupuję po prostu w sklepie lub markecie, ale i tak uważam, że lepsze to niż wciąganie mocno przetworzonych i drogich wytworów energetycznych (co nie znaczy, że ich w ogóle nie jadam).
Raczej nie zastąpią domowych batoników z płatków owsianych, ale jest to niezłe urozmaicenie - taka łatwiejsza do przenoszenia i jedzenia wersja "trail mix".

Poza tym te batoniki są banalnie łatwe i szybkie w przygotowaniu.

Jaką mają wartość energetyczną?
Jak zwykle nie wiem, to pytanie do jakiegoś dietetyka - smakowo na pewno wypadają nieźle.

Poniżej przepis na wersję, którą robię najczęściej - z żurawiną.

SKŁADNIKI:


1. daktyle - są podstawą, masą i lepiszczem - paczka miała chyba 170g
2. orzechy - wiadomo, kwestia energii, ponadto poprawiają konsystencję batonów - rozluźniają ją - tutaj są nerkowce i peacan
3. żurawina - garść do smaku - jak się przesadzi z ilością, batony wyjdą za mokre

PRZYGOTOWANIE:


Przygotowanie można zawrzeć w jednym zdaniu: miksujemy składniki razem.
Ja najpierw wrzucam orzechy, teraz miałem już posiekane, ale jak są całe to najpierw je rozdrabniam.
Następnie dodaję daktyle i miksuję do momentu uzyskania w miarę jednorodnej masy - wtedy dodaję inne składniki - żurawinę w tym przypadku.

Mocno kleistą masę przekładam do małej foremki, tak żeby uzyskała grubość ok. 1-1,5 cm. i w miarę foremny kształt - łatwiej będzie porcjować.


Przed pocięciem warto wrzucić masę do lodówki, będzie mniej przywierać do noża, ale w zasadzie zaraz po zmiksowaniu jest gotowa do pakowania.
Najprościej zawinąć je w folię spożywczą - nawet jak batony się rozgniotą, to ta folia nie rozdziera się tak jak aluminiowa.


Proponuję poeksperymentować ze składnikami - na stronie LÄRABAR przy każdym batoniku podane są składniki, warto popróbować.
Zdecydowanie ciekawie wyszedł baton ze słonymi orzeszkami ziemnymi, z kolei nie wychodzą mi batony z limonką i ananasem kandyzowanym - z limonką są za bardzo mokre, z ananasem kleją się do zębów.

Przy okazji świąt zachomikuję ze dwa opłatki i spróbuję zrobić z nich kanapkę - podobnie może zadziałać płatek wafla - powino wzmocnić strukturę batonika.

Smacznego!







1 października 2013

My stove is my castle.


Ciągle rozważam alternatywę dla kuchenki gazowej na niektóre typy wyjazdów. Jak już wspominałem, z kuchenki gazowej nie zamierzam rezygnować, ale niekiedy nie warto nosić drew do lasu ;)


Trochę przez przypadek trafiła do mnie dość ciekawa kuchenka krajowej produkcji - Kuchenka Ekspedycyjna firmy Survivaltech.

Jest to składana z pięciu części kuchenka typu hobo stove, czyli palnik trampa do palenia czymkolwiek co wejdzie do środka - chrustem, deskami, kartonami itp. W sumie ciekaw jestem czy palenie w niej węglem drzewnym było by skuteczne i bezpieczne?

Konstrukcja jest nader prosta i pomysłowa - mamy tu trzy ścianki boczne, ściankę frontową z otworem do dokładania paliwa oraz dno.
Całość jest w miarę prosta do złożenia (choć w rękawiczkach miałem problem) i stabilna po zmontowaniu.
Ważne jest dla mnie to, żeby na kuchence można było zagotować wodę w kubku, który jest niewiele szerszy niż butelka Nalgene - co wg. informacji producenta jest wykonalne.
Jako, że została wykonana z blachy stalowej, nie należy do produktów ultra-lekkich sensu stricto, ale biorąc pod uwagę, to że nie nosimy ze sobą zapasu paliwa do niej, można powiedzieć - tragedii nie ma, a jest szansa, że stalowa konstrukcja pożyje dużo dłużej niż tytan czy amelinium.
Rozłożona kuchenka zajmuje naprawdę niewiele miejsca - jest płaska i można ją wcisnąć w zasadzie do kieszeni kurtki.
Zmontowana jest mniej więcej wielkości kartusza gazowego 440g.


Jeśli tylko ktoś z Was rozpalał kiedykolwiek ognisko, bez problemu poradzi sobie z jej obsługą.
Myślę, ze nawet jest łatwiej, bo ścianki dodatkowo zwiększają temperaturę wewnątrz i gałązki szybciej zajmują się ogniem, ścianki chronią też ogień przed wiatrem.


Według informacji Surivaltechu, kuchenka pozwala zagotować pół litra wody w czasie ok. 8 minut.
Mnie, przy pierwszym odpaleniu, udało się ta sztuka w około 10 minut - muszę opanować sposób dokładania paliwa do kuchenki, bo w trakcie gotowania udało mi się dwukrotnie lekko zdławić palący się ogień, stąd zapewne gorszy czas gotowania.

Co do stabilności kubka pasującego do Nalgene... cóż wydaje mi się, że można by było ciut zwęzić ścianki kuchenki, tak by kubek stał nie tylko na dwóch środkowych ząbkach każdej ze ścianek. Taka modyfikacja raczej nie wpłynie negatywnie na stabilne stawianie innych naczyń - chyba, że ktoś w terenie często używa woka, albo pięciolitrowego garnka ;)



Zdecydowanie warto do kuchenki dorobić sobie jakiś pokrowiec - podobnie jak kubek, po gotowaniu jest cała w sadzy.
U mnie chwilowo wylądowała w grubym worku po MRE, ale jeśli będę gdzieś z nią jechał, raczej pomyślę o jakimś z nietopliwego materiału.
Worek ochronny na kubek i nalgene też pewnie przy okazji bym wykombinował.

Tyle po wstępnych oględzinach i pierwszym użyciu. Zobaczymy co dalej.

26 września 2013

Rab Boreas Pull On - po krótce słów parę.


O tym, że jestem fanem wiatrówek, wiadomo od dawna, ale nie znalazłem jeszcze żadnej, która przy wyższej temperaturze nie przyklejałaby się do skóry.
Widać nie tylko ja miałem z tym problem, bo jakiś czas temu zaczęły się pojawiać wiatrówki zrobione z materiałów ciut cięższych od "ortalionu", ale milszych w zetknięciu ze spoconą skórą.
RAB Boreas Pull On jest kangurką, która spełnia ten wymóg.


Boreas pojawił się w kolekcji Rab'a w 2011 roku i od razu uzyskał nagrodę Backpacking Magazine Editor's Choice.
Większość opinii, które udało mi się znaleźć podkreślają jego uniwersalność i to, że nie warto bez niego wychodzić z domu ;)

Mnie jednak dużo bardziej przekonał tym, że ma kaptur, długie rękawy, zamek zaczynający się poniżej mostka i wspominany wyżej typ materiału.
Ale powstaje pytanie czy tak naprawdę sprawdzi się on na mnie? Czy chroni wystarczająco przed wiatrem? Jaki rozmiar wybrać?
Pozostało zaryzykować i w marcu tego roku (spóźnił się na urodziny) stałem się posiadaczem tej kangurki.

Kupiłem rozmiar S w kolorze Beluga - ze zdjęć nie bardzo wynikało jaki to kolor - założyłem, że szary z niebieskimi szwami.
Niewiele się pomyliłem, tyle, że szwy są morsko-zielone.


Z rozmiarem trafiłem idealnie - przy moim wzroście i długich rękach - kurtka leży tak, jak powinna.
Podczas podnoszenia ramion nic nie podchodzi do góry, a pod spód mogę założyć jeszcze cienki polar - pod warunkiem, że nie jest za szeroki pod pachami. Co prawda nie jest to druga skóra, ale za wiele od sylwetki nie odstaje.
Rękawy są wszyte tak, że podczas ruchu nic się nie podciąga ani nie uwiera - można niemal zapomnieć, że ma się coś na sobie (oczywiście pomaga tu duża elastyczność samego materiału).


Wykończenie i detale również nie pozostawiają miejsca na krytykę - wszystkie szwy są idealnie płaskie i dobrze zakończone (znalazłem jedną odstającą nitkę, ale bez groźby prucia się szwu), na karku wszyta jest wstawka z miłego w dotyku, ale cieńkiego materiału, taki sam został wszyty w zakończenie zamka pod brodą - pod patką i wywinięciem chroniącym brodę przed wkręceniem w maszynkę zamka.


Boreas Pull On - jak wskazuje nazwa - wciąga się przez głowę, ale zamek główny jest naprawdę długi - zaczyna się w dole mostka, a kończy pod brodą. Taka długość oraz automatyczna maszynka zdecydowanie usprawniają wentylację podczas marszu.
Na lewej piersi znajduje się mała, płaska kieszonka również zapinana na półautomatyczny zamek - oba YKK.
do kieszonki swobodnie mieści się portfel lub telefon komórkowy (nawet jakiś większy sprytfon wejdzie), ale raczej przeznaczona jest na lżejsze rzeczy.


Kaptur przez producenta został opisany jako mieszczący się pod kaskiem, jednak jest tak obszerny i elastyczny, że swobodnie wejdzie na wierzch.
To właśnie objętość kaptura w okolicach karku jest dla mnie największą wadą tej wiatrówki - liczyłem że da się jej swobodnie używać bez czapki czy kasku zabezpieczającego przed opadaniem kaptura na oczy. Niestety tak nie jest.
Naturalnie jest na to prosty sposób, który zastosowałem - wystarczy zszyć ze sobą dwa szwy na karku, tworząc wewnątrz kaptura zakładkę, która całe szczęście nie przeszkadza podczas noszenia go na głowie.


Dzięki takiemu przeszyciu kaptur dużo lepiej trzyma się na głowie i nie zsuwa zbytnio na oczy.


Kangurka towarzyszyła mi głównie w codziennym poruszaniu się po mieście rowerem, w okresie od kwietnia do września. Ale i w terenie miałem ją kilka razy.
Materiał naprawdę dobrze radzi sobie z odprowadzaniem wilgoci jak i z jej nieprzyjmowaniem - mam na myśli lekką mżawkę połączoną z wodą spod kół roweru. Wrażenie jest takie, jakby krople wody spadające na materiał wsiąkały, ale rozchodziły się na boki, zamiast przesiąknąć.
Łapanie brudu - tez znośnie - standardowy wąski szlaczek kropelek błota na plecach schodzi po wyschnięciu przez lekkie potarcie materiału.
Łapanie zapachu... ja trafiłem na wersję sprzed wprowadzenia wykończenia Polygiene® więc po przepoceniu fajnie nie jest, ale obecnie produkowane powinny się sprawdzać lepiej dzięki w/w technologii antysmrodkowej.

Dochodzimy do najważniejsze i najbardziej śliskiej sprawy - ochrona przed wiatrem.
Na stronie Rab'a, kurtka znalazła się w dziale "windshell" i rzeczywiście zasługuje na to miejsce. Jednak jeśli ktoś oczekuje po niej ochrony przed wiatrem na poziomie membrany lub chociazby Pertexu Microlight, to się srogo zawiedzie. Materiał chroni przed lekkimi podmuchami wiatru, a silniejsze są w nim odczuwalne, więc testu "na chuch" na pewno nie przejdzie ;)
Więc czy należy Boreas'a traktować nadal jako wiatrówkę?
Moim zdaniem tak, jednak nie w klasycznym tego słowa znaczeniu.


Boreas sprawdza się znakomicie latem - oprócz codziennych zmagań w mieście miałem go podczas marszu 2x60 km praktycznie non stop przez 1.5 doby na sobie, oraz na paru wyjściach w Bieszczadach, przy zdecydowanie niższej temperaturze i silniejszym wietrze.
Jest idealny podczas ruchu - chroni w stopniu wystarczającym przed wychłodzeniem, a ta ilość powietrza, którą przepuszcza nie jest odczuwalna przy rozgrzanym ciele.

Rab zapewnia, że ma on również wysoką ochronę przed słońcem (UV+50), co również dedykuje użycie w porze letniej i/lub na dużych wysokościach.
Jednak nic nie stoi na przeszkodzie założyć cienki polar czy sweter pod spód i dreptać w nim jesienią (mając coś w plecaku na postoje).
Przez zimę zamierzam też sprawdzić jak nosi się go jako warstwa pośrednia - pod softshellem i lekkim primaloftem.

Podumowując - Rab Boreas to lekka kurtka/bluza zapewniająca wystarczającą ochronę przed słońcem i wiatrem podczas ruchu - w warunkach gdy T-shirt to za mało.
Jednocześnie dobrze radzi sobie z zapobieganiem przegrzaniu organizmu - nieźle odprowadza wilgoć, zamek pozwala na dobrą regulację temperatury bez jej ściągania.
Kaptur po drobnej modyfikacji świetnie zastępuje cieńką czapkę lub kominiarkę i chroni kark przed zimnem.
Krój zdecydowanie dla "szparagów" - wąski korpus i długie rękawy.

Boreas z pewnością nie jest ultralekki - producent deklaruje 259g dla rozmiaru L, ale jest to dla mnie akceptowalnie niska waga dla takiej narzutki.
Jak widać na zdjęciu poniżej, po spakowaniu nie zajmuje też zbyt wiele miejsca.