1 października 2013

My stove is my castle.


Ciągle rozważam alternatywę dla kuchenki gazowej na niektóre typy wyjazdów. Jak już wspominałem, z kuchenki gazowej nie zamierzam rezygnować, ale niekiedy nie warto nosić drew do lasu ;)


Trochę przez przypadek trafiła do mnie dość ciekawa kuchenka krajowej produkcji - Kuchenka Ekspedycyjna firmy Survivaltech.

Jest to składana z pięciu części kuchenka typu hobo stove, czyli palnik trampa do palenia czymkolwiek co wejdzie do środka - chrustem, deskami, kartonami itp. W sumie ciekaw jestem czy palenie w niej węglem drzewnym było by skuteczne i bezpieczne?

Konstrukcja jest nader prosta i pomysłowa - mamy tu trzy ścianki boczne, ściankę frontową z otworem do dokładania paliwa oraz dno.
Całość jest w miarę prosta do złożenia (choć w rękawiczkach miałem problem) i stabilna po zmontowaniu.
Ważne jest dla mnie to, żeby na kuchence można było zagotować wodę w kubku, który jest niewiele szerszy niż butelka Nalgene - co wg. informacji producenta jest wykonalne.
Jako, że została wykonana z blachy stalowej, nie należy do produktów ultra-lekkich sensu stricto, ale biorąc pod uwagę, to że nie nosimy ze sobą zapasu paliwa do niej, można powiedzieć - tragedii nie ma, a jest szansa, że stalowa konstrukcja pożyje dużo dłużej niż tytan czy amelinium.
Rozłożona kuchenka zajmuje naprawdę niewiele miejsca - jest płaska i można ją wcisnąć w zasadzie do kieszeni kurtki.
Zmontowana jest mniej więcej wielkości kartusza gazowego 440g.


Jeśli tylko ktoś z Was rozpalał kiedykolwiek ognisko, bez problemu poradzi sobie z jej obsługą.
Myślę, ze nawet jest łatwiej, bo ścianki dodatkowo zwiększają temperaturę wewnątrz i gałązki szybciej zajmują się ogniem, ścianki chronią też ogień przed wiatrem.


Według informacji Surivaltechu, kuchenka pozwala zagotować pół litra wody w czasie ok. 8 minut.
Mnie, przy pierwszym odpaleniu, udało się ta sztuka w około 10 minut - muszę opanować sposób dokładania paliwa do kuchenki, bo w trakcie gotowania udało mi się dwukrotnie lekko zdławić palący się ogień, stąd zapewne gorszy czas gotowania.

Co do stabilności kubka pasującego do Nalgene... cóż wydaje mi się, że można by było ciut zwęzić ścianki kuchenki, tak by kubek stał nie tylko na dwóch środkowych ząbkach każdej ze ścianek. Taka modyfikacja raczej nie wpłynie negatywnie na stabilne stawianie innych naczyń - chyba, że ktoś w terenie często używa woka, albo pięciolitrowego garnka ;)



Zdecydowanie warto do kuchenki dorobić sobie jakiś pokrowiec - podobnie jak kubek, po gotowaniu jest cała w sadzy.
U mnie chwilowo wylądowała w grubym worku po MRE, ale jeśli będę gdzieś z nią jechał, raczej pomyślę o jakimś z nietopliwego materiału.
Worek ochronny na kubek i nalgene też pewnie przy okazji bym wykombinował.

Tyle po wstępnych oględzinach i pierwszym użyciu. Zobaczymy co dalej.

5 komentarzy:

  1. Dobre rozwiązanie, myślę że się skuszę

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli mnie pamięć nie myli to nowa wersja kuchenki posiada już pokrowiec.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do sadzy to właśnie wpadł mi pewien pomysł do głowy, za co jeśli między kubkiem a ogniem znajdzie się aluminiowa folia do pieczenia ?

    OdpowiedzUsuń